Discussion:
Siostra Faustyna-analiza psychiatry - prof. strojnowskiego
(Wiadomość utworzona zbyt dawno temu. Odpowiedź niemożliwa.)
q***@poczta.onet.pl
2004-01-03 19:55:31 UTC
Permalink
Siostra Faustyna
*
Jerzy Strojnowski
*


O siostrze Faustynie (Helenie Kowalskiej, 1905-1938) wiem tyle, ile
wyczytałem z jej pamiętnika. Niemniej to, czego się dowiedziałem z lektury,
pozwala mi jako psychiatrze stwierdzić, iż autorka "Dzienniczka" była dotknięta
zaburzeniami psychicznymi. Najbardziej ewidentne objawy tych zaburzeń to omamy,
czyli halucynacje wzrokowe i słuchowe o treści religijnej. Te omamy pojawiają
się tutaj na tle cyklicznych zaburzeń nastroju, które okresowo wyrażają się w
przeżywaniu "niepojętej radości", poczuciu szczególnego wybrania (np. "Ja mam
zająć miejsce w ołtarzu"), wreszcie nadzwyczajnej misji: "Przygotujesz świat na
ostateczne przyjście Moje". Będąc w nastroju podwyższonym siostra Faustyna
nawet czyni cuda: ucisza burzę, tak jak Pan Jezus na jeziorze Genezaret.
Nastrój ten mija. Bez uchwytnej przyczyny zewnętrznej "zaczyna się
ściemniać w duszy mojej"; pojawia się myśl, "że jestem przez Boga odrzucona".
Jak wyznaje - "zaczęły mnie ogarniać lęki prawdziwie śmiertelne (...), rozpacz
zawładnęła całą duszę moją, prawdziwie przeżywam męki piekielne". Pojawiają się
w tym stanie natręctwa myślowe: "Cały rój myśli niedorzecznych cisnął mi się do
głowy i całą moją medytację przewalczyłam". Tym myślom towarzyszą
skrupuły: "Com pomyślała, zdawało mi się grzechem". To przechodzenie od jednego
stanu do drugiego dokonywało się u niej wielokrotnie.
Siostra Faustyna pisze o swojej "walce": "Zaczynam dzień walką, kończę go
walką, zaledwie się uprzątnę z jedną trudnością, to na jej miejsce powstaje
dziesięć do zwalczenia". Z czym walczy? Z grzechami: "I dał mi Jezus poznać, za
jakie grzechy podda się biczowaniu, są to grzechy nieczyste"; "Poznałam (...)
grzech zmysłowy (...) grzech pychy (...) grzech nienawiści". Prawdopodobnie
jest to projekcja własnych impulsów, z którymi autorka walczy przez surową
pokutę. Sama zdaje sobie z tego sprawę: "O Jezu mój, jak bardzo jestem skłonna
do złego, i to mnie zmusza do ustawicznego czuwania nad sobą". Można
przypuszczać, że gdyby siostrę Faustynę, jeszcze jako dziecko, nie uczono na
lekcjach religii, że świętość polega na wyzbyciu się popędu seksualnego, nie
uważałaby siebie za "tak bardzo skłonną do złego", nie musiałaby "prowadzić
nieustanną walkę" i być może nie doświadczałaby patologicznych skrupułów.
Siostra Faustyna obrała heroiczną drogę zmagania się z depresyjnym
nastrojem i natrętnymi myślami. Z jednej strony było to umartwianie się do
granic wytrzymałości, z drugiej zaś - ucieczka w błogostan z podwyższonym
poczuciem własnej wartości i z przekonaniem o szczególnym wybraniu. W
błogostanie pojawia się wątek erotyczny, np. gdy siostra Faustyna słyszy głos
Jezusa, który jej oznajmia: "W tak szczególny sposób łączę się z tobą i
obcuję", na co wybranka odpowiada: "Rozpływam się w Nim jak jedna kropla w
oceanie".
Jakkolwiek siostra Faustyna zna inne "grzechy", to "grzech nieczystości"
wydaje się wysuwać na plan pierwszy. Chce być świętą, a w jej przekonaniu stan
taki polega przede wszystkim na sterylności seksualnej. Świadczy o tym m.in.
hymn, który wyśpiewuje na własną (!) cześć: "O, jak piękna śliczność
twoja, /ty - czysta oblubienica Moja (...) Ponad dziewiczość nie widzę nic
wielkiego, /jest to kwiat wyjęty z Serca Bożego". Można to określić jako
sublimację popędu.
Wbrew opinii siostry Speranzy, przytoczonej w "Przedmowie" przez ks.
kard. Deskura, jakoby siostra Faustyna należała do "dusz prostych", mamy tu do
czynienia z osobą wprawdzie niewykształconą, ale inteligentną, spostrzegawczą,
potrafiącą analizować własne stany psychiczne.
Godne uwagi są spostrzeżenia siostry Faustyny dotyczące spowiedzi i
spowiedników. Przede wszystkim siostra Faustyna zauważa, że bardzo trudno
nawiązać kontakt z osobą w depresji: "Teraz ogarnia duszę straszna ciemność.
(...) Wszystkie męki i katusze świata są niczym w porównaniu z tym uczuciem, w
którym ona jest cała pogrążona"; "Mistrzyni, która przeraziła się moim
widokiem, posłała mnie do spowiedzi, jednak spowiednik mnie nie rozumie, nie
doznaję cienia ulgi". "Spowiednik mało zna drogi nadzwyczajne i okazuje
zdziwienie, jeżeli dusza odsłoni mu te wielkie tajemnice, jakich Bóg dokonywa w
duszy". Wyczuwa ona, że spowiednik uspokaja ją, a sam nie ma pewności. Albo -
co mi się zdarzyło - że spowiednik, nie mogąc przeniknąć niektórych tajemnic
duszy - odmawia jej spowiedzi, okazuje jakąś bojaźń przed zbliżeniem się takiej
duszy do kratki. Przeszkadza jej to, "że spowiednik nie pozwoli się szczerze
wypowiedzieć, okazuje zniecierpliwienie. Dusza wtedy milknie. (...) Miałam
niektóre próby (rady?), z których się śmiałam. (...) Spowiednik to lekarz duszy
więc jak lekarz, nie znając choroby, może dać stosowne lekarstwa?" "Są
niektórzy spowiednicy, że dopomagają duszy (...) jak wszystko idzie dobrze, a
jak dusza znajdzie się w większych potrzebach, wtenczas są jakby bezradni i nie
mogą czy nie chcą duszy zrozumieć". "Się zdarza, że spowiednik nieraz lekceważy
drobne rzeczy. Nic nie ma w życiu duchowym drobnego". "Kiedy poznałam, iż nie
jestem zrozumiana, to nie odsłaniałam swej duszy i nie mąciłam sobie spokoju".
Aby "dusza" mogła odnieść korzyść ze spowiedzi, potrzeba z jej
strony "szczerości i otwartości", "pokory" i "posłuszeństwa".
Siostra Faustyna oczekuje, że spowiednik: będzie cierpliwy i łagodny;
pozwoli na szczere wyspowiadanie się; okaże zrozumienie; będzie kompetentny;
nie będzie bał się wypowiedzi "nadzwyczajnych"; nie będzie udzielał pochopnych
rad ani pouczeń; zda sobie sprawę z własnych ograniczeń i będzie się
dokształcał. Osoba spowiadająca się, aby odnieść korzyść ze spowiedzi, powinna
być szczera i otwarta, pokorna i posłuszna. Jednak zależy to również od postawy
spowiednika. Siostra Faustyna nie zawsze była posłuszna, z niektórych rad
spowiedników po prostu się śmiała.
Postulaty siostry Faustyny chciałbym skonfrontować z postawą niezwykłego
duszpasterza. Ksiądz Bronisław Bozowski tak charakteryzuje swoje
duszpasterstwo, szczególnie osób zaburzonych psychicznie: "Nauczyłem się
słuchać ludzi z prawdziwym zainteresowaniem. (...) Ludzie nigdy się nie męczą
rozmową o nich samych. Ci, którzy do mnie przychodzą, chcą się po prostu
wygadać i ja im stwarzam taką możliwość". "Życzliwe zainteresowanie pełne
szacunku i serdeczność staje się pewną formą przyjaźni. Jest to największym
darem, jaki możemy człowiekowi dać". Taką duszpasterską przyjaźń udało się
siostrze Faustynie nawiązać z księdzem Sopoćką i księdzem Andruszem.
Jako osoba świecka nie mam doświadczenia w zakresie spowiedzi, wydaje mi
się jednak, że to, co postulujemy w odniesieniu do terapeutów, może w pewnym
stopniu dotyczyć również spowiedników. Zarówno relację spowiednik - penitent,
jak i terapeuta - pacjent możemy określić jako relację uzdrawiającą, to znaczy
mającą na celu poprawę i uporządkowanie stanu psychicznego oraz moralnego osoby
cierpiącej. Z tego powodu można postulaty siostry Faustyny pod adresem
spowiedników odnieść również do terapeutów. Bez "cierpliwości i łagodności" nie
da się nawiązać dobrego kontaktu z osobą, która zwraca się do nas o pomoc.
Terapeuta ma czas dla pacjenta, by ten mógł się swobodnie wypowiedzieć.
Siostra Faustyna domaga się, by spowiednik był kompetentny. Powinien on
zatem mieć odpowiednią wiedzę nie tylko teologiczną, ale i psychologiczną, by
nie był bezradny wobec "dróg nadzwyczajnych". Poniekąd każdy człowiek cierpiący
postępuje "drogą nadzwyczajną". Lęk przed przypadkami trudnymi tak u
duszpasterzy, jak i wychowawców czy terapeutów płynie stąd, że sami sobie
stawiamy wymóg, by znać odpowiedź na wszystkie pytania i rozwiązać problemy, z
jakimi ludzie do nas przychodzą. Stąd skłonność do stawiania ocen i dawania
pochopnych rad. Tymczasem - jak mówi ksiądz Bozowski - potrzebne jest przede
wszystkim życzliwe i rozumiejące słuchanie, które okazuje się "całą jego pomocą
i całym jego duszpasterzem".
Parę zdań należy poświęcić "drobnym rzeczom". Każdy z nas porządkuje
swoje sprawy określając jedne jako "ważne", inne zaś jako błahe, nieistotne. Z
kolei, rozmawiając z drugą osobą, usiłujemy jej świat porządkować według
naszego systemu wartości. Dajemy jej do zrozumienia, że to co dla niej jest
problemem, naprawdę jest "drobną rzeczą". W ten sposób okazujemy lekceważenie
tej osobie. Nic, co nasz rozmówca traktuje jako istotne, nie jest "drobną
rzeczą". Problemem zarówno dla spowiednika, jak i dla terapeuty, jest
występowanie skrupułów, które również siostrze Faustynie przysparzały cierpień.
Tego rodzaju nie dające się usunąć wątpliwości na pewno nie są " robnymi
rzeczami". Osoby dotknięte skrupułami autentycznie cierpią, toteż trzeba
traktować je ze zrozumieniem. Siostra Faustyna spostrzegła, że wielką wartość
miało dla niej posłuszeństwo wobec zaleceń spowiednika. Jest to zgodne z
przekonaniem spowiedników, iż stanowcze stwierdzenia i zalecenia z ich strony
przynoszą ulgę skrupulantom.
Uwagi siostry Faustyny na temat spowiedzi i spowiedników są tak
wartościowe, że dla nich samych jej "Dzienniczek" jest godzien przeczytania.
Zostały spisane w latach trzydziestych, kiedy psychoterapeuci nie dopracowali
się jeszcze wspomnianych zasad, a nic mi nie wiadomo, by podobne postulaty pod
adresem spowiedników ktoś wysuwał. Toteż uważam, że siostra Faustyna wytyczyła
tu nowe drogi.
Wartość religijna "posłannictwa siostry Faustyny - jak pisze siostra
Siepak - polega na przypomnieniu odwiecznie znanej, ale zapomnianej prawdy
wiary o miłości miłosiernego Boga do człowieka". Chciałbym na tym miejscu
dokonać psychopatologicznej analizy religijności tej zmarłej w opinii świętości
zakonnicy. To "zapomnienie" ważnej prawdy wiary stało się jednym z czynników
patologizujących życie religijne. Pośród "sześciu prawd wiary" znajdowało się
zdanie o "Bogu sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze".
Natomiast o Bogu miłosiernym brakło wzmianki. Przez całe tysiąclecia w
pedagogice kościelnej dominował Bóg sprawiedliwy i karzący. Jedynie Matka Boska
miała według rozpowszechnionych wierzeń - łagodzić gniew Boga Ojca.

Ten typ religijności pozostawał w zgodzie z patriarchalną formą rodziny,
w której ojciec był przede wszystkim gwarantem ładu i sprawiedliwości. Dobrze,
gdy w takiej rodzinie była matka, która potrafiła okazać dzieciom również
czułość, zrozumienie i wyrozumiałość. Człowiek, który grzeszył "myślą, mową i
uczynkiem" wobec wszechwiedzącego Boga znajdował się na pozycji z góry
przegranej. Myśli i uczucia niełatwo poddają się kontroli, lecz Bóg natychmiast
je zauważa i - oczywiście - szykuje surową karę. Taka pedagogika, w
rzeczywistości sprzeczna z Ewangelią, stała się przyczyną wielu wypaczeń życia
duchowego, a szczególnie pojawiania się skrupułów.
Zanim siostra Faustyna rozpoczęła swoją misję, w Kościele katolickim
istniały różne nabożeństwa, które jakoby odnosiły się do Bożego
miłosierdzia. "Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa" zawiera 33 wezwania,
z których miłość, dobroć i miłosierdzie wspominają tylko cztery. Szereg innych
inwokacji raczej wzbudza uczucie nabożnego lęku, jak "nieskończony
majestat", "przybytek Najwyższego", "dom Boży".
Także Jezus Chrystus siostry Faustyny był przede wszystkim Bogiem
karzącym: "Gdybyś nie krępowała Moich, wiele kar spuściłbym na ziemię. Córko
moja, spojrzenie twoje rozbraja Mój gniew". Było to zgodne z ówczesnym stylem
pobożności. Prawdopodobnie taka pobożność wpajana od dzieciństwa przyczyniła
się do specyficznych zaburzeń siostry Faustyny. Siostra Faustyna broniła się
przed bólem psychicznym, stosując swoistą autoterapię. Jakkolwiek nigdy nie
wyzwoliła się od wizji Boga karzącego, to przecież była w stanie uruchamiać
szczególną siłę psychiczną, która nie tylko uwalniała ją od przerażenia, ale
wręcz napełniała radością i przekonaniem o własnej wyjątkowości. Te chwile
szczęścia pozwalały jej przetrwać okresy załamania psychicznego. Owa siła
wynikała ze wzbudzania w sobie postawy zaufania do prześladującego ją Boga. Bóg
Jezus z agresora stawał się mistycznym kochankiem zakonnicy. Jak w miłości
ziemskiej, szczególnie w jej wersji romantycznej, tak i tutaj zakochana w
Jezusie zakonnica przeżywała chwile radości przeplatane rozpaczą i poczuciem
odrzucenia.
Wartościowy wydaje się nieustanny wysiłek siostry Faustyny
przezwyciężania stereotypu Boga karzącego i okrutnego, dokonywany wbrew
postawie osób religijnych i wbrew pedagogice duszpasterskiej owych czasów.
Eksponowanie Bożego miłosierdzia w praktykach religijnych oraz rozwijanie w
sobie postawy zaufania do Boga miłosiernego, wyrażonej w akcie "Jezu, ufam
Tobie", to niewątpliwie pozytywny owoc heroicznego żywota siostry Faustyny.

Mając do dyspozycji jedynie "Dzienniczek" i skąpe wypowiedzi osób, które
ją znały, psychiatra może jedynie snuć przypuszczenie, na jaką chorobę ta
pobożna zakonnica zapadła. Była to niewątpliwie choroba cykliczna, z fazami
depresji i hipomanii, powikłana halucynacjami. Toteż z pewnym
prawdopodobieństwem można postawić diagnozę cyklofrenii. Autorzy niemieccy
Kleist i Leonhard wyodrębnili z cyklofrenii psychozę lękowo-ekstatyczną, ale to
określenie nie przyjęło się. Pewien wpływ na pozostawanie u siostry Faustyny
objawów psychopatologicznych mogła też mieć przewlekła infekcja gruźlicza oraz
ogólne wyniszczenie.
Jeżeli uznać, że siostra Faustyna była psychicznie chora, to w jaki
sposób można traktować jej przekonania religijne? Odwołam się wpierw do oceny
literatury i sztuk plastycznych. Według Karola Hildebrandta, "dla oceny poezji
pytanie o zaburzenie psychiczne [autora - przyp. JS] ma znaczenie mniejsze,
aniżeli powszechnie się uważa. Skoro w danym dziele daje się rozpoznać potężny,
porządkujący duch, ocena psychiatryczna jest niepotrzebna, natomiast gdy
[literatura - przyp. JS] jest niezrozumiała lub bezwartościowa, wówczas pytanie
o stan psychiczny jej autora nie jest interesujące". Prof. W. Schollgen, teolog
i duszpasterz chorych, który cytuje Hildebrandta, nie w pełni się z nim
zgadza: "Skoro np. obrazy van Gogha zostały namalowane w stanie
nieustającego "furioso", a przy tym w sposób decydujący przyczyniły się do
przezwyciężenia naturalistycznej sztuki panującej w końcu XIX w., to mamy do
czynienia z przypadkiem, w którym momenty psychiatryczne i artystyczne
wzajemnie się krzyżują". Hildebrandt porównuje twórczość osób psychicznie
zaburzonych do "perły", którą mogą formować małże jedynie pod wpływem
cierpienia. Należy przy tym pamiętać, że twórczość większości chorych
psychicznie, którzy piszą lub malują, to zwykła amatorszczyzna.
Analogicznie należałoby odnieść się do osób prowadzących intensywne życie
religijne, dotkniętych zaburzeniami psychicznymi. W szpitalach psychiatrycznych
i na ulicach można spotkać niemało osób, które wiele się modlą, opowiadają o
swoich religijnych doświadczeniach, uczestniczą w nabożeństwach lub sami je
organizują. Tak jak pośród chorych psychicznie trafiają się wielcy artyści, tak
i niektórzy spośród nich w sposób istotny ubogacają życie religijne, wnosząc w
nie nowe treści. Zatem działalności religijnej nie należy oceniać odnosząc ją
do stanu psychicznego danej osoby, ale - jak słusznie postuluje ksiądz J.
Kracik - raczej zbadać, czy "towarzyszące wizji orędzie jest zgodne z katolicką
wiarą i normą życia, więc może posłużyć do uwielbienia Boga". Jak pisze Dom
Pierre Miquel, "erotyzm, masochizm i integryzm to trzy groźby zagubienia się
mistyki". Do tych zagrożeń dodaje on jeszcze "lubowanie się w cudownościach i
szukanie sensacji".
Chrześcijaństwo zawsze w sposób szczególny troszczyło się o chorych, nie
wyłączając zaburzonych psychicznie. Również współczesna psychiatria zabiega o
to, by chorzy psychicznie byli włączeni w swoją lokalną społeczność lub do niej
powracali. Szereg moich pacjentów, którzy mieli poważne zaburzenia psychiczne
lub nadal je ma, zajmuje eksponowane miejsca w nauce, sztuce i życiu
społecznym. Trzeba, aby również przyjęła ich społeczność wierzących. Siostrze
Faustynie należy się godne miejsce w tej społeczności.
Na koniec krótka refleksja lekarza-praktyka. W latach 20. i 30. tego
stulecia, kiedy żyła i działała siostra Faustyna, szanse jej wyleczenia,
zarówno z gruźlicy, jak i z zaburzeń psychicznych były znikome. Wyobraźmy
sobie, że zastosowanoby u niej dzisiejsze neuro- i tymoleptyki. Prawdopodobnie
pod wpływem takiego leczenia zniknęłyby jej wizje, a zmienny nastrój wahający
się od wzniosłości i błogostanu do przeżywania odrzucenia przez Boga, bezsensu
i udręczenia, uległby stabilizacji. Ale kim wtedy byłaby siostra Faustyna?
Jedną z licznych, nieznanych i niczym nie wyróżniających się zakonnic. Czy
takie "leczenie" miałoby sens?






--------------------------------------------------------------------------------
Prof. dr hab. Jerzy Strojnowski jest psychiatrą, emerytowanym pracownikiem
naukowym KUL.


--------------------------------------------------------------------------------
Cytaty z "Dzienniczka" siostry Faustyny pochodzą z wydania: Błogosławiona s. M.
Faustyna Kowalska, "Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej", Wydamnictwo
Księży Marianów, Warszawa 1997.
--
Wysłano z serwisu OnetNiusy: http://niusy.onet.pl
Hubert
2004-01-12 08:48:08 UTC
Permalink
Może lepiej gdybym milczał, bo o zmarłych źle się nie mówi... ale moje
poczucie odpowiedzialności nakazuje mi powiedzieć kilka słów.
Z całym poszanowaniem dla osoby ś.p. pana Jerzego, którą ceniłem.

Otóż tak się składa, że pana Jerzego znałem osobiście, jak i jego żonę,
i dzieci - oczywiście głównie kilkoro dzieci czyli moich mniej więcej
rówieśników. Bywałem u nich niejednokrotnie i niejedno spostrzeżenie
uczyniłem (na własny użytek).
Post by q***@poczta.onet.pl
O siostrze Faustynie (Helenie Kowalskiej, 1905-1938) wiem tyle, ile
wyczytałem z jej pamiętnika. Niemniej to, czego się dowiedziałem z lektury,
pozwala mi jako psychiatrze stwierdzić, iż autorka "Dzienniczka" była dotknięta
zaburzeniami psychicznymi. Najbardziej ewidentne objawy tych zaburzeń to omamy,
Z całym szacunkiem, ale pan Jerzy zdecydowanie nie powinien i mógł
wyciągać żadnych wiążących wniosków (a takie wyciągnął) na podstawie
tylko lektury wspomnianej lektury. Brakowało mu po prostu bezpośredniego
kontaktu z s. Faustyną. Pan Jerzy wyciągnął wnioski tylko na podstawie
"podręcznikowych" objawów chorób psychicznych, które dostrzegł w
"Dzienniczkach". Jako wieloletni psychiatra powinien z tego zdawać sobie
sprawę. Każdy zdrowo myślący psychiatra i psycholog przyzna mi rację.

Siostra Faustyna była badana psychiatrycznie w czasie swojego życia.
To badanie stwierdzało jej zdrowie psychiczne. Postęp w psychiatrii od
tamtych czasów nastąpił znaczny, ale zdecydowanie tylko w metodach
leczenia, a nie w diagnozie. Co najwyżej w analizie - wyodrębniono pewne
"nowe" jednostki chorobowe, choć do dzisiaj np. schizofrenia jest
chorobą bardzo złożoną i o niejednolitych objawach.
Post by q***@poczta.onet.pl
Wartość religijna "posłannictwa siostry Faustyny - jak pisze siostra
Siepak - polega na przypomnieniu odwiecznie znanej, ale zapomnianej prawdy
wiary o miłości miłosiernego Boga do człowieka". Chciałbym na tym miejscu
To oczywiście lekka bzdurka. Ta prawda nigdy nie była zapomniana, choć
nie przeczę, że czynnik "lęku przed piekłem" był zapewne nadużywany
(a wcale nie jest pozbawiony sensu i dziś). Ale taki był styl
wychowywania kiedyś i taki niestety pozostał i dzisiaj w wielu domach.
Post by q***@poczta.onet.pl
Mając do dyspozycji jedynie "Dzienniczek" i skąpe wypowiedzi osób, które
ją znały, psychiatra może jedynie snuć przypuszczenie, na jaką chorobę ta
pobożna zakonnica zapadła. Była to niewątpliwie choroba cykliczna, z fazami
Czyli diagnoza już została postawiona...
Post by q***@poczta.onet.pl
Jeżeli uznać, że siostra Faustyna była psychicznie chora, to w jaki
sposób można traktować jej przekonania religijne?
No, tu już pan Jerzy jest ostrożniejszy. Jednakże diagnozę swoją
postawił wcześniej.
Post by q***@poczta.onet.pl
zarówno z gruźlicy, jak i z zaburzeń psychicznych były znikome. Wyobraźmy
sobie, że zastosowanoby u niej dzisiejsze neuro- i tymoleptyki. Prawdopodobnie
pod wpływem takiego leczenia zniknęłyby jej wizje, a zmienny nastrój wahający
się od wzniosłości i błogostanu do przeżywania odrzucenia przez Boga, bezsensu
i udręczenia, uległby stabilizacji. Ale kim wtedy byłaby siostra Faustyna?
Jedną z licznych, nieznanych i niczym nie wyróżniających się zakonnic. Czy
takie "leczenie" miałoby sens?
Czyli diagnoza o chorobie psychicznej postawiona jest ponad wszelką
wątpliwość. Szkoda, że pan Jerzy nie zechciał zapoznać się z opiniami
biegłych psychiatrów, którzy niewątpliwie uczestniczyli w procesie
beatyfikacyjnym. Może byłby ostrożniejszy w swoich sądach.

Nie twierdzę wcale, że siostra Faustyna nie miała jakiś zaburzeń
psychicznych. W zasadzie jakieś tam prawie każdy może mieć. Lecz pan
Jerzy postawił diagnozę: siostra Faustyna była chora psychicznie, przez
co dyskredytuje jej mistyczność. Co więcej! W dzisiejszych czasach, po
aplikowaniu jej stosownych leków, choroba by znikła, a z nią i mistycyzm
siostry Faustyny.
Mam jednak nadzieję, że pan Jerzy spotka się w niebie z siostrą Faustyną
i sobie pewne rzeczy wyjaśni :-)
Post by q***@poczta.onet.pl
Prof. dr hab. Jerzy Strojnowski jest psychiatrą, emerytowanym pracownikiem
Był, bo zmarł już ładnych parę lat temu.

Pan Jerzy Strojnowski był również psychoterapeutą. Napisał m.in. książkę
"Psychoterapia". Niestety, muszę to tu powiedzieć: na podstawie tego
o co się sam otarłem i na podstawie tego co mi mówili znajomi
uczestniczący w jego zajęciach psychoterapeutycznych - był miernym
psychoterapeutą...
I na koniec coś o religijności pana Jerzego, na ile mogłem ją poznać:
religijność pana Jerzego plasowała się coś pomiędzy byciem krytycznym,
a raczej krytykującym katolikiem (kręgi Unii Demokratycznej czyli
Wolności), byciem katolikiem w stylu pana Turnau'a z Gazety Wyborczej,
a byciem agnostykiem.

Pokój Jego duszy.

PS. Wolałbym to pisać jako anonim, ale chciałem być wiarygodny.

pozdrawiam
Hubert


Ludzie są fajni jak są skromni :-)
W.Kotwica
2004-01-13 11:34:49 UTC
Permalink
Post by Hubert
Może lepiej gdybym milczał, bo o zmarłych źle się nie mówi... ale moje
poczucie odpowiedzialności nakazuje mi powiedzieć kilka słów.
Z całym poszanowaniem dla osoby ś.p. pana Jerzego, którą ceniłem.
Otóż tak się składa, że pana Jerzego znałem osobiście, jak i jego żonę,
i dzieci - oczywiście głównie kilkoro dzieci czyli moich mniej więcej
rówieśników. Bywałem u nich niejednokrotnie i niejedno spostrzeżenie
uczyniłem (na własny użytek).
[...]
Post by Hubert
PS. Wolałbym to pisać jako anonim, ale chciałem być wiarygodny.
pozdrawiam
Hubert
Przecież napisałeś to jako anonim. Chyba że prócz imienia - Hubert -
naprawdę nie masz żadnego nazwiska.
--
HQ
A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
Hubert
2004-01-13 15:42:55 UTC
Permalink
Post by W.Kotwica
Przecież napisałeś to jako anonim. Chyba że prócz imienia - Hubert -
naprawdę nie masz żadnego nazwiska.
Misiu, Hubert to nie jest anonimowo. Nazwiska zazwyczaj w necie nie
podaję, ale tu na prośbe mogę. Moje imię jest na tyle rzadkie, że
ktokolwiek cokolwiek ocierał się o ś.p. pana Jerzego to ma wielkie
szanse się domyslić kim jestem. A jak podam nazwisko to coś Ci to da?

pozdrawiam
Hubert


Ludzie są fajni jak są skromni :-)
W.Kotwica
2004-01-13 17:56:23 UTC
Permalink
Post by Hubert
Post by W.Kotwica
Przecież napisałeś to jako anonim. Chyba że prócz imienia - Hubert -
naprawdę nie masz żadnego nazwiska.
Misiu, Hubert to nie jest anonimowo. Nazwiska zazwyczaj w necie nie
podaję, ale tu na prośbe mogę. Moje imię jest na tyle rzadkie, że
ktokolwiek cokolwiek ocierał się o ś.p. pana Jerzego to ma wielkie
szanse się domyslić kim jestem.
A musiał się ocierać? Piszesz na publiczne forum, nie wszyscy muszą
być jego znajomymi. Krytykujesz osobę wymienioną z imienia i nazwiska,
więc nieanonimowość dla mnie jest wtedy, kiedy także Twoje imię i nazwisko
się pojawia.
Post by Hubert
A jak podam nazwisko to coś Ci to da?
Pewnie i tak mi nic nie powie. Ale gdybyś je podał pod swoim listem,
sprawa byłaby czysta - nie był anonimowy. W przeciwnym razie był, bo
nigdy, o ile dobrze zauważyłem, nie pisałeś nawet, że Hubert to Twoje
prawdziwe imię. Mylę się?

Co do meritum: nie przeszkadza mi, że ktoś się anonimowo wypowiada.
Zwróciłem tylko uwagę na to, że dla mnie - i zapewne większości innych
czytających - piszesz jako anonim, więc jeśli twierdzisz inaczej,
wygląda to na niekonsekwencję.
--
HQ
A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
Hubert
2004-01-15 08:38:09 UTC
Permalink
Post by W.Kotwica
A musiał się ocierać? Piszesz na publiczne forum, nie wszyscy muszą
być jego znajomymi. Krytykujesz osobę wymienioną z imienia i nazwiska,
więc nieanonimowość dla mnie jest wtedy, kiedy także Twoje imię i nazwisko
się pojawia.
Hubert Nowakowski. OK?
Post by W.Kotwica
Pewnie i tak mi nic nie powie. Ale gdybyś je podał pod swoim listem,
sprawa byłaby czysta - nie był anonimowy. W przeciwnym razie był, bo
Chyba Hubert to nie np. blamdziak, nie?
Post by W.Kotwica
Co do meritum: nie przeszkadza mi, że ktoś się anonimowo wypowiada.
Zwróciłem tylko uwagę na to, że dla mnie - i zapewne większości innych
czytających - piszesz jako anonim, więc jeśli twierdzisz inaczej,
wygląda to na niekonsekwencję.
A to już tylko kwestia założeń. Osobiście Hubert dla mnie to jest aż
ponadto...

pozdrawiam
Hubert


Ludzie są fajni jak są skromni :-)
W.Kotwica
2004-01-15 11:06:54 UTC
Permalink
Post by Hubert
Hubert Nowakowski. OK?
Miło mi, Wojciech Kotwica.
Post by Hubert
Chyba Hubert to nie np. blamdziak, nie?
Pewnie. Ale jakoś nie zakładam, że imię używane przez kogoś jako
nazwa użytkownika w Usenecie musi koniecznie być jego prawdziwym
imieniem. Przedstawia się tak, jak ma ochotę, wystarczy, że jego
listy są odróżnialne od cudzych.
Post by Hubert
pozdrawiam
pozdrawiam
--
HQ
A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
Loading...